Dlaczego biegam?

17 grudnia 2015      Kuba Świtalski

Nie umiem na to jednoznacznie odpowiedzieć. Jest pewnie wiele powodów. Jednym z nich jest chęć bycia lepszym i szybszym od innych. Dla mnie cel to marzenie z datą realizacji.

Sam na początek wyznaczyłem sobie dość ambitny cel sportowy – postanowiłem, że wezmę udział w zawodach z serii IRONMAN. Organizowano je na Majorce we wrześniu 2014 r. Kilka razy już startowałem jako triatlonista, lecz nigdy nie był to pełny dystans, czyli 3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze i na koniec maraton. O przygotowaniach będzie innym razem i małymi porcjami – o tym pisać mogę długo. Teraz o tym, jak wygląda sam start w tego typu zawodach. Dla mnie były to emocje z górnej półki, przeżycie, które zostaje w człowieku na długo.

Kluczowa logistyka

Bezpośrednie przygotowanie organizmu i sprzętu zaczyna się już kilka dni wcześniej. To spora logistyczna akcja.

Dzień wcześniej trzeba się zarejestrować, odebrać pakiet startowy i dostarczyć rower do pierwszej strefy zmian. Trzeba też spakować torby: niebieską – ze wszystkim, co potrzebne nam do jazdy na rowerze, oraz czerwoną – do biegania, a następnie zostawić rzeczy we właściwym miejscu.

Potem odprawa; organizatorzy opowiadają o szczegółach i zasadach rywalizacji, kwestiach bezpieczeństwa, stroju, sprzętu itd. I to już wszystko, jeśli chodzi o dzień przed zawodami. Ważne, aby się wyspać, bo kolejny dzień będzie długi.

Ranek to pompowanie kół w rowerze i ostatnie przygotowania. Osobiście poczułem ogromną ulgę, gdy miałem to już za sobą. Milion razy zastanawiałem się, czy wszystko dobrze zrobiłem: czy starczy żelków, czy rower dobrze naszykowany, czy opony nie za mocno nabite itd. Teraz spokojnie szedłem w stronę brzegu morza, gdzie była linia startowa. Zostałem tylko ja i trasa, którą miałem pokonać. No, i jeszcze ostatni baton energetyczny w ręku.

Wodny tłok

Ruszyliśmy o 7.35 rano – start wspólny z plaży. Niesamowite uczucie, gdy 2700 ludzi wbiega razem do wody. Pływaliśmy bez pianek – takie zasady, woda za ciepła. Pierwszy kilometr to istna walka. Miałem wrażenie, że nie płynę w wodzie, tylko w ludzkiej zupie, każdy na każdym.

Po pierwszej nawrotce było już luźniej; wskoczyłem w swój rytm, skupiłem na pływaniu i przyspieszyłem.

W połowie dystansu pływackiego należało wybiec na plażę na matę do pomiaru czasu i potem znów ruszyć do wody na drugą rundę. Starałem się nie robić nic za szybko, oszczędzać siły – w końcu do pokonania miałem jeszcze ponad 220 km trasy. Etap pływacki zajął mi 59 minut.

Kolejnym była jazda rowerem: szybka wizyta w strefie zmian, kask na głowę, buty na nogi i ruszyłem dalej.

Mordercza góra

rower

Trasa była malownicza i super przygotowana. Znałem ją dobrze, bo już wcześniej po niej śmigałem. Przyjechałem na Majorkę dwa tygodnie wcześniej, miałem więc sporo czasu na aklimatyzację i treningi. To nie jest duża wyspa, podczas 180 km jazdy (sporo podjazdów i zjazdów) można zobaczyć jej najważniejsze miejsca. Kilometry mijały mi w miarę szybko, choć z każdym robiło się goręcej.

Starałem się pić i jeść – tak jak zaplanowałem. Bez większych przygód dojechałem do największego kłopotu, czyli 12-kilometrowego podjazdu, non stop ostro pod górę.

Tam można było sprawdzić swój charakter.

Ja na te górę wjechałem równo w południe, gdy słońce mocno dawało się we znaki. Ale miałem na nią plan – jeden kilometr i dwa łyki wody. Potem był zasłużony zjazd. Nie prosty zjazd, tylko górskie serpentyny. Co ciekawe, nie wszystkim starczyło oleju w głowie i działy się tu prawdziwe cuda. Do strefy zmian pozostało 30 km, myślałem więc już o bieganiu.

Czas na rowerze: 180 km w 5 godz. i 55 minut.

Endorfinowe koło ratunkowe

Pierwsza połówka maratonu poszła super – bez kłopotów. Biegło mi się idealnie, miałem nawet wrażenie, że wciąż jadę na rowerze, tak nogi i ciało przyzwyczaiły się do pedałowania.

Fajna trasa prowadziła przez miasto i kawałek wzdłuż promenady przy plaży, było dużo kibiców i panowała idealna atmosfera.

To właśnie ta atmosfera i duch zawodów sportowych powodują, że człowiek jeszcze biegnie. Bo tak naprawdę siły nie ma już nikt.

Kłopoty przyszły na 28 km: ból brzucha, nudności. Co się napiłem, to w brzuchu chlupotało. Ani przez chwilę nie myślałem, że to koniec, jednak brzuch bolał nie na żarty. Wciąż biegłem, ale dużo wolniej. Koło 37 km torsje zwyciężyły, na szczęście po tym poczułem się trochę lepiej.

Ostatnie 5 km pokonałem prawie na prostych nogach – było mi wszystko jedno i wszystko tak samo bolało. Biegłem odurzony atmosferą, endorfinami i zbliżającym się uczuciem zwycięstwa nad swoim słabościami. Meta. Medal. Zdjęcia – nawet sie uśmiechałem…

Czas maratonu – 4 godz. 29 min.
Cały dystans IRONMAN przebiegłem w 11 godz. 38 min.

Rehabilitacja na
najwyższym poziomie